W
dniu ukazania się „Consequences” Petera Hammilla dowiedziałem
się, że VDGG wyda nowy „studyjny” album. Wiadomość ta była
wspaniała; ale jak się okazało nie do końca, bo album miał być
całkowicie instrumentalny. Czy nie za szybko wydany? Ledwie rok po
„A Grounding In Numbers”. Na szczęście (nieszczęście?)
okazało się, że nowa płyta będzie nie całkiem nowa. „ALT”
nagrywany był bowiem fragmentami podczas sesji do wcześniejszych
płyt zespołu („Trisector” i „GIN”) już od 2006 roku. Jak
każdy fan pamięta na reaktywacyjnym, podwójnym „Present” druga
płyta była zbiorem improwizacji studyjnych. Nie można się oprzeć
stwierdzeniu, że „ALT” jest kopią tamtego pomysłu - mamy dużo
muzyki, nieważne czy dobrej czy złej, wydajemy – oni (czyli MY
najzagorzalsi fani) i tak kupią to bez zająknięcia. Czy to
wyciąganie kasy od nas? Chyba nie. Mimo, że zgodnie z tytułem jest
to „alternatywne” oblicze zespołu, który kiedyś na przełomie
lat 60. i 70. był innowatorem w muzyce, płyta jest do przełknięcia
dla (prawie) każdego, komu nazwa VDGG jest bliska sercu (uszom).
Pewnie niektórzy tego oblicza nie zaakceptują twierdząc - zresztą
od płyty „Trisector” tak było i będzie - że zespół bez
Jaxona już nie jest tym samym i nie da rady improwizować; że
muzyka z Hammillem, ale bez jego wokalu to strata czasu. Ale patrząc
wstecz na zespół Hammilla – w przeciwieństwie np. do King
Crimson – nie grał nigdy improwizacji; owszem zdarzały się, ale
niezwykle rzadko; głównie były to wprowadzenia do konkretnych
kompozycji takich jak np. „Lemmings”, gdzie Jaxon, Banton i Evans
coś tam swobodnie grali, a Hammill stroił w tym czasie gitarę
szukając odpowiedniego dźwięku. Zresztą Hammill w przeszłości
wydał kilka instrumentalnych (często dość awangardowych) albumów,
z których może nie wszystkie były interesujące, ale kilka na
pewno jest wartych poznania („Loops and Reels” czy „Unsung”).
Wg
słów samego Hammilla „ALT” nie
jest zwyczajnym albumem zespołu, lecz zbiorem nagrań
zarejestrowanych "gdy
działała tylko lewa półkula naszego zbiorowego mózgu".
To improwizacje nagrane podczas prób dźwięku i w studiu oraz
bardziej świadome kompozycje, które pozwalają lepiej się wsłuchać
w alternatywne brzmienie grupy. Cokolwiek to znaczy.
Pewną
„namiastką” (zwiastunem?) tych nagrań był opublikowany w
kwietniu 2011 roku limitowany winylowy singiel z bardzo
kontrowersyjnym utworem „Highly Strung”. Piosenka ta pochodziła
z płyty „A Grounding In Numbers”; na stronie B znalazła się
instrumentalna kompozycja „Elsewhere” – dość awangardowa,
brutalna podróż w kolaż bardzo pokręconych dźwięków.
Jakby
na przekór „ALT” rozpoczyna się jeszcze właściwie spokojnie,
by nie powiedzieć błogo - dociera do nas śpiew słowika, w końcu
dołącza delikatne bębnienie. Ciche, senne wprowadzenie, bez
rewelacji. Następne dwa fragmenty – „Extractus” i „Sackbutt”
- dźwiękowo też niczym specjalnym się nie wyróżniają:
bębnienie, klawisze, gitara, ale takie to wszystko bezpłciowe
(bezsensowne?). Te ułamki dźwiękowe wydają się być całkowicie
wyrwane z kontekstu. Można przewinąć.
Natomiast
„Colossus” to bomba, horror i kawał mrocznej muzy. Słuchając
tego nastrojowego kawałka czuję się jakbym był porucznik Ellen
Ripley i uciekał przed królową Obcych, gdzieś tam w otchłani
kosmosu lub na statku kosmicznym. Niepokojące klawisze, syczenie na
blachach perkusji; w tle jakieś odgłosy, z których później
wyłaniają się solówki klawiszy – najpierw niby na trąbce
(kłania się freejazz Coltrane’a), potem na dzwonach rurowych i
marimbie (czy cymbałkach). Strasznie chory kawałek, w pewnym
momencie wszystko zmierza ku kakofonii. Ech gdyby go umieścić w
setliście koncertowej… Marzenie.
„Batty
Lopp” – kolejne krótkie nieporozumienie, bezsensowne i
nieklarowne. Od razu przełączam na następny.
„Splendid”
to jedna wielka (długa) ciekawa solówka Bantona na Hammondzie.
”Repeat
After Me” – najspokojniejszy i najpiękniejszy fragment „ALT”;
romantyczne delikatne fortepianowe akordy, gitara basowa na granicy
słyszalności. Po wcześniejszych odlotach ta ponad siedmiominutowa
kompozycja jest prawdziwym uspokojeniem i ukojeniem dla uszu.
„Here’s
One I Made Ealier” rozpoczyna się przestrzenną soundscapową
(frippową?) solową gitarą, mamy nawet jakby krążący gitarowy
riff; i mamy ciąg dalszy „Obcego” – dźwiękowe „kapanie
wody”, kosmiczne klawisze. Idzie po nas potwór. Niestety szans na
przeżycie nie mamy żadnych.
Chyba,
że zaserwujemy mu „Midnite or So” – dość „filmowy”
fragment – melodia ciągnięta przez organy, głucha perkusja.
Słuchając go „Obcy” na pewno trochę zmarudzi dając nam szansę
na ucieczkę..
„D’Accord”
jest podobny w nastroju do „Here’s One I Made Ealier” –
klawisze, jakieś dźwięki w tle (startujące rakiety kosmiczne?),
stukania i…koniec.
„Mackerel
Ate Them” to bliźniaczy brat (a może siostra?) „Elsewhere” –
atak perkusyjno-klawiszowy, zmiany tempa, zgrzyty i „brudne”
dźwięki nieokreślonych instrumentów (znaczy się zniekształconych
do granic możliwości klawiszy, perkusji i gitar). Co prawda w
środku trochę się to wszystko uspokaja („Prometeusz”
wylądował), ale ciąg dalszy dźwiękowych szaleństw gwarantowany.
Awangarda jak najbardziej awangardowa. Dla naprawdę doświadczonych
i wytrzymałych słuchaczy.
„Tuesday,
the Riff” – to ostateczna dźwiękowa ucieczka przed „Obcym”.
Gwałtowny, brutalny atak na uszy; perkusja nas dobija swą mocą.
Szkoda, że tak krótko trwała walka.
„Dronus”
jest najlepszym utworem albumu. Najdłuższym, najbardziej
dopracowanym i konkretnym. To idealny dźwiękowy obraz po
apokalipsie (wszyscy poza Ripley zginęli; no i głowa któregoś z
robotów); słychać dogorywanie skowyczących potworów; smutna i
posępna to kompozycja – zbliżona klimatem do „The Light
Continent” z płyty Hammilla „This”. Właściwie niewiele się
w niej dzieje – jak to w muzyce ambient - ciągnący się
klawiszowo-syntezatorowy motyw, echa jakichś dźwiękowych odłamków
perkusji, gitar. I tak przez ponad 10 minut. Takiej kompozycji nie
powstydziłby się pewnie w latach 70. Tangerine Dream.
Mankamentem
„ALT-a” jest brzmienie niektórych kompozycji. Przede wszystkim
garażowa perkusja z pogłosem charakterystycznym dla nagrań demo.
Czyli tak jak powinno być, bo to są w pewnym sensie nagrania demo.
Oczywiście taki „Dronus” czy „Colossus”, nie wspominając o
„Repeat After Me” mają brzmienie bardzo dobre, by nie powiedzieć
dopieszczone do granic możliwości. Moim zdaniem spokojnie można
było kilka kawałków opuścić, zrobić nowy układ i płyta byłaby
o wiele bardziej interesująca. Zresztą taka wersja już niejako
istnieje – jest to winylowe wydanie płyty. A prezentuje się ono
tak:
Strona
A:
1.
Colossus [6:36]
2.
Repeat After Me [7:39]
3.
Earlybird [4:01]
4.
Elsewhere [4:19]
5.
Loop J2 [0:48]
Strona
B:
1.
D'accord [2:28]
2.
Mackerel Ate Them [4:50]
3.
Here's One I Made Earlier [5:42]
4.
Dronus [10:37]
Jak
widać mamy tu utwór „LoopJ2”, nieobecny na wersji CD. Ale skoro
trwa ledwie 48 sekund nie jest chyba czymś o co warto by się
zabijać.
Wracając
do układu płyty – zdecydowanie lepiej wg mnie prezentowałaby się
następująco:
Elsewhere
Colossus
Repeat
After Me
Here’s
One I Made Ealier
Splendid
D'accord
Mackerel
Ate Them
Tuesday,
The Rif
Dronus.
Wtedy
mielibyśmy około 50 minut naprawdę najlepszych momentów tych
sesji. Jasne, że i tak jest to bardzo awangardowa muzyka (jak na Van
Der Graaf Generator) i dla zwykłego słuchacza będzie nie do
przełknięcia w całości od razu; trzeba jedna próbować, słuchać
kilkanaście razy – szczególnie głośno. Wtedy ten kolaż
niesamowitych dźwięków pokaże nam, że starsi panowie trzej
jeszcze mogą dać czadu.
PS.
Ostatnio oglądałem film „Prometeusz” Ridleya Scotta i tak jakoś
mi się nasunęły porównania. Swoją drogą „ALT” spokojnie
mógłby być ścieżką dźwiękową jakiegoś horroru
science-fiction. Może to nowe wyzwanie przed grupą?